Ucz się z nami fotografować

Prawdziwa fotografia – gdzie są granice?

Wodospad Sveinsstekksfoss, Islandia, HDR, prawdziwa fotografia co to jest

Często słyszy się głosy tęsknoty za czymś, co bywa określane jako prawdziwa fotografia. Czysta albo prawdziwa, czyli – zdaniem tęskniących – taka bez obróbki, Photoshopa i kończąca się z wciśnięciem spustu migawki. Tyle, że to nie jest prawdziwa fotografia, tylko fotografia amatorska.



„A bo w czasach analogowych…”

Kiedyś podobno zdjęć się nie obrabiało. Wciskało się spust migawki i zdjęcie było gotowe. No, wprawdzie później się je jeszcze oddawało do labu, gdzie dokonywały się jakieś magiczne zabiegi, ale z tym przecież fotograf nie miał nic wspólnego. Tyle, że tak postępował tylko amator-pstrykacz. Już jednak amator z ambicjami nie zostawiał w rękach magika z labu kontroli nad zdjęciem, tylko sam ślęczał w ciemni, osobiście dokonując magicznych zabiegów. A jakie to były zabiegi? Oprócz dłuższego lub krótszego wywoływania (zarówno filmu, jak i później odbitki), co wpływało zarówno na jasność, jak i kontrast, stosowano m.in. takie zabiegi jak selektywne przysłanianie (przyciemnianie wybranych fragmentów fotografii) czy plamkowanie (analogowa wersja klonowania). Czy to nie była czysta fotografia?

„Bo kiedyś Photoshopa nie było…”

Gustav Le Gray - Brig, pierwszy HDR, co to jest prawdziwa fotografia
Gustave Le Gray – Bryg (zdjęcie na licencji Creative Commons 4.0)

Owszem, komputerów kiedyś nie było, a gdy już były, służyły do obliczeń balistycznych, a nie edycji zdjęć. Fotografowie kiedyś ślęczeli w ciemni i w śmierdzących oparach wywoływaczy i utrwalaczy robili wszystko to, co dzisiaj robi się siedząc wygodnie przed ekranem i popijając kawę. Wszystko? Owszem, na przykład technika HDR ma już prawie 200 lat. Pierwszego HDR-a składał w roku 1855 (sic!) Gustave Le Gray. Składał oczywiście w ciemni – z dwóch negatywów, jednego naświetlonego na niebo, drugiego na dół. Efekt, czyli fotografię „Bryg”, można zobaczyć powyżej.

Gdzie jest prawdziwa fotografia

Robert Demachy - portrait of young girl, piktorializm, co to jest prawdziwa fotografia
Robert Demachy – Portrait of young girl (na licencji Creative Commons 4.0)

Argument, że fotografia powinna być „taka, jak kiedyś”, jest niezły, choć niekoniecznie przemawia on za ograniczaniem Photoshopa. Najpierw bowiem w historii fotografii byli piktorialiści, którzy pełnymi garściami czerpali z malarstwa i bez skrupułów włączali do swojego arsenału techniki malarskie. Powyżej fotografia piktorialisty Roberta Demachy, który znany był z zabiegów przekształcających materiał zarejestrowany na materiale światłoczułym w formę bliską grafice.

Później dopiero pojawiła się grupa F/64, której członkowie dyskutowali z piktorialistami o granicach fotografii. Dla F/64 fotografia miała mówić własnym głosem, a nie dowartościowywać się zapożyczeniami od malarzy. Tyle, że do F/64 należał m.in. Ansel Adams – legendarny pejzażysta, który był mistrzem ciemni. A w tej ciemni maskował, plamkował, selektywnie rozjaśniał i przyciemniał. Terminy „dodge and burn” pochodzą właśnie od Adamsa, a wcale nie pojawiły się dopiero w menu Photoshopa. Warto wspomnieć jeden z bon motów Ansela Adamsa: „Rozjaśnianie i przyciemnianie to sposoby na poprawienie błędów popełnionych przez Boga przy ustalaniu relacji jasności”. Czy Ansel Adams nie był naprawdę fotografem, a jego prace to nie jest dostatecznie prawdziwa fotografia?

Czy Steve McCurry jest prawdziwym fotografem?

Całkiem niechcący udało się Steve’owi McCurry’emu wywołać ogólnoświatową dyskusję na temat granic fotografii. Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś na wystawie zdjęć McCurry’ego we Włoszech zauważył efekty nieudolnego klonowania. Wówczas więcej osób zaczęło szukać i porównywać fotografie autora sławnej „Afganki”. I znaleźli więcej przykładów klonowania różnych rzeczy. Sam McCurry wydał oświadczenie, że reporterem był kiedyś, a teraz jest opowiadaczem historii obrazami („and thus became a photojournalist […] Today I would define my work as visual storytelling […] Much of my recent work has been shot for my own enjoyment in places I wanted to visit to satisfy my curiosity about the people and the culture.”). W końcu McCurry przyznał, że fotoreporterem był dawno, ale przestał i reguły oraz ograniczenia reporterskie go już nie dotyczą. To jednak wcale nie zakończyło dyskusji na temat „Steve McCurry a prawdziwa fotografia”.

Dyskusja sprowadza się do dwóch stanowisk. Pierwsze: nie wolno McCurry’emu fotoszopować, a jak był reporterem, to ma nim zostać na zawsze. I drugie stanowisko: robi piękne zdjęcia i nieważne, jak je robi. Trafia się jeszcze bardziej radykalna postawa: fotoszopowanie takie, jakie popełnił McCurry, na zawsze wyłącza z grona fotografów, a to, co oglądamy na jego zdjęciach, to już żadną miarą nie jest prawdziwa fotografia, ale grafika, zapewne komputerowa.

Co wolno Dorothei Lange to nie Steve’owi McCurry’emu?

Dorothea Lange - Migrant Mother, manipulacje, prawda w fotografii
Dorothea Lange – Migrant Mother, dwie wersje

Klonowanie przeszkadzających drobiazgów nie zaczęło się do McCurry’ego i nie wymagało użycia Photoshopa, a w fotografii realistycznej miało miejsce… od zawsze. Powyżej słynne zdjęcie Dorothei Lange „Migrant Mother” w dwóch wersjach.  Ta wykonana na zlecenie rządu USA część fotograficznej dokumentacji Wielkiego Kryzysu istnieje w dwóch wersjach. Do 1939 roku w prawym dolnym rogu zdjęcia widać było kciuk, później jednak na polecenie Dorothei Lange ten kciuk został usunięty z fotografii. Wyklonowanie kciuka było tematem sporów między Lange a jej zleceniodawcą z administracji państwowej, ale dyskusja była daleka od tego, żeby twierdzić, jakoby zmodyfikowane zdjęcie to już nie jest prawdziwa fotografia. Obie wersje można zobaczyć w Bibliotece Kongresu USA.

Fotografia: dokumentacja czy kreacja?

Zostawię kwestię, czy wolno McCurry’emu przestać być reporterem. Niech się McCurry sam martwi, co mu wolno. 🙂 Ciekawsze jest stanowisko osób wywodzących się z fotografii prasowej, jakoby reguły obowiązujące w fotoreportażu obowiązywały w całej fotografii, a kto się ich nie trzyma, ten fotografem nie jest. Dyskusja, czy prawdziwa fotografia jest dokumentacją, czy kreacją, sięga początków tej sztuki. Fotografia jako dokumentacja jednak zawsze była mocno umowna, a realizm fotograficzny właśnie bardziej fotograficzny niż realistyczny, bo najpierw ograniczenia techniczne, a później narzędzia pozwalały tworzyć obrazy, które z naszym postrzeganiem świata niewiele mają wspólnego. Zdjęcia czarno-białe są naturalne tylko dla osób z bardzo rzadkimi uszkodzeniami neurologicznymi. Długie czasy ekspozycji (ale też rejestracja szybkiego ruchu bardzo krótkim otwarciem migawki) to też świat, którego w żaden sposób oczami nie zobaczymy. Płytka głębia ostrości jest zabiegiem nienaturalnym, acz jak najbardziej akceptowalnym nawet w najbardziej rygorystycznym fotoreportażu. Podobnie jak zabiegi z ławą optyczną w aparatach wielkoformatowych (co w węższym zakresie można uzyskać obiektywami tilt-shift) pozwalają z głębią ostrości wyczyniać rzeczy przedziwne. Z realizmem to wszystko ma niewiele wspólnego, ale mieści się w tradycji, więc zawsze jest dopuszczalne. Ukryć tło cudami płytkiej głębi ostrości, zniknąć idących ludzi kilkuminutową ekspozycją, pozbyć się pstrokatych kolorów konwersją do czerni i bieli – sam realizm i wierność dokumentu. Ale wyklonować leżącego w rogu kadru peta – straszliwe oszustwo i natychmiastowa eksmisja z grona fotografów.

Prawdziwa fotografia dla wybranych, czyli eksmisja z historii

Jak tak eksmitujemy z fotografii, to należałoby zacząć od wyrzucenia piktorialistów, z tak uznanymi postaciami, jak Edward Steichen, Alfred Stieglitz i Edward Weston na czele. Ulubione techniki piktorialistów, czyli guma arabska i bromolej, praktycznie gwarantowały, że nie da się uzyskać dwóch takich samych odbitek z jednego negatywu, jakby się ktoś nie starał. W ogóle tzw. techniki szlachetne w fotografii sporo czerpią z malarstwa, na finalny obraz bardziej wpływa to, co się wyprawia w ciemni niż to, co zostało zarejestrowane na materiale światłoczułym. Piktorialiści po to pracowicie odchodzili od realizmu, żeby fotografia mogła zostać uznana za dzieło sztuki – czyli efekt kreacji, a nie mechanicznej rejestracji. Poniżej słynne (i bardzo drogie!) zdjęcie Edwarda Steichena „Moonlight: The Pond” wykonane w technice heliograwiury.

Edward Steichen - Moonlight The Pond, heliograwiura, czysta fotografia
Edward Steichen – Moonlight: The Pond (na licencji Creative Commons 4.0)

Dalej wyrzucamy Ansela Adamsa. Z piktorialistami było mu zupełnie nie po drodze i jako członek grupy f/64 odrzucał piktorialistyczne „maziaje”, ale i tak nie ma szans na utrzymanie się w gronie prawdziwych fotografów, bo popełniał wszystkie grzechy fotoszopowe na ponad pół wieku przed pierwszym Photoshopem. Klonowanie, selektywne rozjaśnianie i przyciemnianie, łączenie kadrów i wszystko, co się dzisiaj da zrobić z fotografią cyfrową, Ansel Adams robił w czasach analogowych. Nie dość, że to wszystko robił, to jeszcze pisał o tym książki (m.in. słynna „The Print”), w których uczył i promował te techniki.

Dalej z historii fotografii wylatują portreciści, fotografowie reklamowi i modowi. W tych dziedzinach fotograf nie tłumaczy się z retuszowania, tylko z braku retuszu. Kilka lat temu miałem przyjemność poznać Douglasa Kirklanda – „fotografa gwiazd”. Podczas bardzo interesującego seminarium wyjaśniał, co i dlaczego na swoich fotografiach poprawiał, a przez myśl by mu nie przeszło, że powinien za to przepraszać. Jeśli przyjeżdżał na zlecenie zrobić portret hollywoodzkiej aktorce nad basenem przed jej willą, a nad tą willą biegły druty telefoniczne, to było oczywiste, że z tymi drutami trzeba coś zrobić. Dynamit nie wchodził w grę, więc… Inna aktorka zażyczyła sobie mieć znacznie bujniejsze włosy niż dostała od natury. Wizażystka doczepiała jej pasemka, ale efekt nadal nie był satysfakcjonujący, więc Kirkland wzbogacił jej fryzurę cyfrowo. Portrecistów więc generalnie żegnamy.

Z wieloma współczesnymi pejzażystami też będziemy musieli się rozstać. Art Wolfe przyznał, że na potrzeby albumu „Migrations” doklonowywał zwierzęta tam, gdzie w stadzie były dziury. Z pewnością nie uchowa się Bruce Percy. Nie wiem, czy nie przyjdzie się rozstać z Michaelem Kenną, którego prace są tyleż piękne, co mało realistyczne.

Pusto się zaczyna robić w fotografii, więc może starczy tej eliminacji.

Właściwie w sporze z ortodoksyjnymi realistami wystarczyłoby odesłać do piktorialistów, dla których sztuka i kreacja zaczynała się dopiero, gdy wychodziło się poza mechaniczną dokumentację. A dalej każdy sobie sam odpowiada, ku której z tych dwóch dróg bardziej go ciągnie. Tylko po co się zaperzać, że wyłącznie moja droga jest prawdziwą fotografią?

Każdy ma swoją fotografię

Julia Margaret Cameron - The passing of Arhur, piktorializm, granice fotografii, historia fotografii
Julia Margaret Cameron – The Passing of Arthur (na licencji Creative Commons 4.0)

Każdy może na swoje potrzeby definiować fotografię, jaką uprawia. Można nie uznawać edycji krzywymi, klonowania (czyli cyfrowej wersji ciemniowego plamkowania) czy HDR-ów. Tak samo można nie uznawać koloru za akceptowalny środek wyrazu, filtra polaryzacyjnego czy długich czasów naświetlania. Dobrze jest dla siebie samego świadomie określić, jaką fotografię się uprawia. Każdy może z bogatego dziedzictwa fotografii wybierać te środki i techniki, które mu pasują. Dobrze jest jednak mieć świadomość, że to jest tylko wybór. Naiwne jest jednak głoszenie, że „moja fotografia to jedyna czysta i prawdziwa fotografia”.

Powyżej fotografia z 1875 roku piktorialistki Julii Margaret Cameron „The Passing of Arthur”.

Granice ortodoksji – prawdziwa fotografia bez… aparatu?

Adam Fuss - fotogram, czysta fotografia
Adam Fuss – fotogram

Dyskusje na temat tego, co to jest prawdziwa fotografia i gdzie jest granica, za którą fotografia się definitywnie kończy, były, są i będą. I niezmiennie są zabawne. Włączyła się w to także Leica, która swój pozbawiony tylnego wyświetlacza dalmierzowiec M-D reklamowała hasłem „Fotografia w najczystszej postaci”. Brak możliwości podglądu wykonanego zdjęcia (a także np. sprawdzenia, ile jeszcze zostało miejsca na karcie pamięci) to ma być ta „esencja fotografii”? W kategorii ortodoksji i radykalizmu to żadna esencja, a ledwo roztwór homeopatyczny. Adama Fussa rozbawiłoby to do łez. Kim jest Adam Fuss? Fotografem, który twierdzi, że każdy obiektyw to już manipulacja obrazem i „kiedy tylko używasz obiektywu, reinterpretujesz świat zewnętrzny” („As soon as you have a lens, you’re reinterpreting the outside world.”). Zwolennik fotografii otworkowej, myślicie? Ależ skąd! Aparat także uznaje za manipulację rzeczywistością.

Eeee, to czym robić zdjęcia?

Adam Fuss: „Za czystą fotografię uważam fotogram” („I do see the photogram as pure photography”).

Fotogram to zdjęcie powstałe poprzez zbliżenie przedmiotu bezpośrednio do materiału światłoczułego – bez pośrednictwa aparatu i optyki. Możecie zobaczyć, jakie fotogramy pokazuje gugiel. Prawda, że interesujące? No i z pewnością trudno zrobić choć krok w stronę czystszej, bardziej ortodoksyjnej fotografii.



Jeśli ktoś Wam kiedyś zarzuci, że to, co robicie, to nie jest prawdziwa fotografia, bo… i tutaj padnie kolejna definicja jedynej czystej i prawdziwej fotografii, to zawsze możecie swojego rozmówcę przelicytować Adamem Fussem. A jego już nie da się niczym przelicytować.

Zdjęcie otwierające ten artykuł przedstawia wodospad Sveinsstekksfoss na Islandii w wersji zalecanej przez Ansela Adamsa, czyli uwzględniającej „rozjaśnianie i przyciemnianie jako sposoby na poprawienie błędów popełnionych przez Boga przy ustalaniu relacji jasności”.

 

Podobało się, chcesz więcej?

Zapisz się na nasz newsletter, żeby dostawać powiadomienia o nowych poradnikach, książkach fotograficznych, warsztatach i fotowyprawach! książka w prezencie Wszystkim fanom Fotezji chcielibyśmy zaoferować fotobooka „Siedem fotografii I”, czyli siedem autorskich fotografii pejzażowych i opis ich powstania, zawierający wskazane (na mapie!) miejsca oraz godziny wykonania zdjęć, a także opisujący decyzje i czynniki wpływające na finalny obraz. Omówione zostały parametry ekspozycji, dobór sprzętu, decyzje kompozycyjne, a także zastosowane techniki edycji komputerowej.

Aby zapisać się na listę mailingową i dostać tę inspirującą książeczkę, kliknij jej okładkę powyżej!

Piotr Dębek

Od lat fotografuję, piszę o fotografii i uczę fotografii podczas warsztatów i fotowypraw. Fotografia to przygoda na całe życie i dla osób w każdym wieku. Wystarczy tylko trochę chęci i wyobraźni, aby tworzyć swój świat w prostokątnych kadrach.
Więcej moich opinii można przeczytać na blogu EwaiPiotr.pl.

komentarze

Tu napisz swój komentarz

  • Po dłuższym czasie braku kontaktu z Wami (na blogu EwaiPiotr ciągle wyprawy i wyprawy, a ja się od lat nigdzie nie wyprawiam… niestety) przypadkowo trafiłem dzisiaj na Fotezję. I to jest to czego mi brakowało; nawet spierania sie z Tobą. Odrabiam teraz zaległosci. 🙂

    A co do tego wpisu, zapomniałeś Piotrze wykluczyć spośród fotografów przezde wszystkim Mistrza „niefotografii” Ryszarda Horowitza. jednym z argumentów, może być fakt, że Mistrz nie ukończył żadnej szkoły fotograficznej. No, i na dodatek przecież to fotokompozytor. On to dopiero narozrabiał. Jak zatem ci, którzy „nie znają się na fotografii” mogli okrzyknąć go papieżem fotografii?

    Aleksander